05 października 2014

3. "Obawiam się, że ukradli meble... "


   Stanisław Koterbski był dobiegającym czterdziestki urzędnikiem, pracującym w małym biurze, zarządzającym nieruchomościami. Po wojnie, nawet ich niewielki zakład miał wiele pracy. Każdego dnia przychodziły rodziny wracające do kraju i próbowały odzyskać swoje posiadłości. Było wśród nich wielu oszustów, nikt jednak lepiej nie mógł ich przejrzeć niż Koterbski, który miał reputację przebiegłego jak lis człowieka, zachowując przy tym własną prawość.

   W ostatnim czasie coś się w nim jednak przełamało. Dobiegał dwudziesty rok jego pracy, a on nadal mieszkał w skromnym mieszkaniu i jadał obiady gotowane przez opłaconą sąsiadkę mieszkającą piętro wyżej. Jego uczciwe serce coraz zazdrośniej patrzyło na liczne fotografie nieruchomości, wiszące w jego biurze. Nic tak go jednak nie kusiło, jak Dwór Biernacicki, zwany przez niektórych nawet pałacem. Należały do niego rozległe tereny leśne i liczne pola uprawne. Już raz próbował wżenić się w rodzinę Dzierzyńskich, przez piękną Honoratę. Niestety, bezlitosna wojna zniweczyła jego plany odsyłając niedoszłą narzeczoną do Ameryki. 

   Jednak gdy w listopadzie zmarł Andrzej Dzierzyński, a obie jego córki znajdowały się za oceanem, los jakby się do niego uśmiechnął. Upragniony dwór wreszcie zdawał się nie posiadać żadnego spadkobiercy. Wystrojony, z zaczesanymi na bok rudymi włosami ruszył starać się o Biernacice. 

   -Dzień dobry! Stanisław Koterbski- ukłonił się zdejmując staromodnie kapelusz. Młoda sekretarka od razu rozpoznała w nim dyrektora konkurującej firmy z nieruchomościami.

   -Dzień dobry panu! A cóż to pana do nas sprowadza?- zdziwiła się, nie wiedząc czy ma spodziewać się podstępu, czy potraktować mężczyznę jako zwykłego klienta.

   -Przychodzę prywatnie. Chciałbym rozpocząć starania o przejęcie dworu w Biernacicach.

   -Rozumiem...- powiedziała łypiąc podejrzliwie.

   -Jedyny właściciel dworu zmarł miesiąc temu, jego krewni znajdują się w Ameryce. Jest dość mało prawdopodobne, że skontaktują się w tej sprawie. Byłem silnie związany z tą rodziną i chciałbym móc zaopiekować się tym miejscem...- powiedział czując się trochę winny z powodu naciągania prawdy.

Natychmiast nerwowo zmierzwił rude wąsy.

   -Rozpocznę analizę. Jeśli nikt z krewnych nie zgłosi się do nas, wpłaci pan odpowiednią sumę pieniędzy na konto państwa i nieruchomość będzie prawnie pana.

   -Będę zobowiązany- powiedział zadowolony kierując się ku drzwiom.

   -Proszę zaczekać! Zaraz, co ja tutaj mam... Wygląda na to, że ktoś zainteresował się już tym dworem...- stwierdziła przeglądając papiery. 

Mężczyzna lekko pobladł, wyraz jego twarzy zmienił się na gniewny. Czy jemu w życiu nic się nigdy nie może udać?

   -Na wiosnę przyjedzie panienka Dzierzyńska z Ameryki. Proszę się tak nie zasępiać, to młoda panienka bez męża, przy odpowiednim staraniu z pańskiej strony, zostanie właścicielem Biernacic może być tylko kwestią czasu- zażartowała wesoło.

   Koterbskiemu nie było jednak do śmiechu. 



*



   Powiew chłodu i zimne, rzęsiste krople deszczu przywitały dwie młode kobiety na dworcu kolejowym w Łodzi. Był początek marca roku 1919, panna Katarzyna Dzierzyńska, dwudziestojednoletnia spadkobierczyni biernacickiego dworu i panna Molly Andrews, młodsza o dwa lata Amerykanka, przybyły wreszcie po długiej podróży do Polski. O przyjeździe Dzierzyńskiej powiadomiony został pułkownik Sierski, nie wiedzieć czemu jednak, nie było go na dworcu i zawiedzione kobiety musiały dać sobie radę same. Przyzwyczajonej do wygód Molly nie spodobała się ani deszczowa pogoda, ani szary budynek dworca, a już zupełnie perspektywa ciągnięcia walizek i kufrów do poczekalni. 

   -Nie zamierzam tego nosić!- oburzyła się, gdy jej towarzyszka ponagliła ją. Amerykanka poprawiła czerwony kapelusik i owinęła się szczelniej szalem. Brązowe, falowane włosy pod wpływem wilgoci zwinęły się w loki. Kasia ze złością spojrzała na elegantkę. Ona sama nie założyła żadnej czapki, ani kapelusza, co w przypadku tak silnej ulewy i tak upartej przyjaciółki spowodowało, że stała z zupełnie przemoczoną głową i zdecydowanie nie prezentowała się elegancko.

   -Czy nie potrzebują czasem panienki pomocy? Służę uprzejmie- odezwał się dość wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu i kapeluszu, z którego wystawały kędziory rudawych włosów, a następnie szybkim, zdecydowanym ruchem zabrał się za niesienie walizek Molly. Panna Andrews była wniebowzięta i zaczęła swoim zwyczajem szczebiotać pełna zachwytu nad siłą gentelmana. Mężczyzna zaniósłwszy rzeczy brunetki, zawrócił by pomóc Kasi.

   -Dziękuję, miał po nas przyjechać pułkownik Sierski, ale niestety, coś musiało się wydarzyć...-zaczęła się tłumaczyć nieco zawstydzona przyjęciem pomocy. Gdy odebrał już i od niej bagaże, spojrzała na niego uważniej i nagle prawie że krzyknęła zaskoczona do Molly:

   -Ależ to pan Stanisław Koterbski!

   -My się znamy, panienko?- udał zdziwienie patrząc na dziewczynę. Wszędzie by ją rozpoznał. Nawet teraz, gdy stała tak z oklapniętymi, przyklejonymi do twarzy włosami. Miała charakterystyczny nos i oczy, szare, sprawiające wrażenie większych niż u innych. Do tego marszczyła brwi w identyczny sposób jak jej starsza, jego zdaniem ładniejsza, siostra.

   -Katarzyna Dzierzyńska, córka Andrzeja Dzierzyńskiego z Biernacic... Był pan narzeczonym mojej siostry!-przypomniała dziwiąc się, że nie pamięta. Mężczyzna uniósł szerokie brwi ku górze i westchnął teatralnie:

   -Ach tak! Honoratka... Było mi naprawdę ciężko pozbierać się po tym, jak wyjechałyście razem do Ameryki... Miał być ślub, piękna przyszłość... A przyszła wojna- powiedział w zamyśleniu. Kasi zrobiło się go żal. Molly również smutno i z zaciekawieniem spojrzała na mężczyznę, dotychczas niewiele wiedziała o rodzinie Dzierzyńskich.

   -Moja siostra została już w Ameryce- wyjaśniła szybko dziewczyna, błagając w myślach żeby nie zadawał więcej pytań. Molly jednak była innego zdania i niepytana posłużyła ściślejszą informacją:

   -Honorata wyszła za mąż. I mają malutkiego Jacoba. Tak mi przykro proszę pana... To taka smutna historia miłosna...- mówiła z żalem wpatrując się swoimi ślicznymi oczami prosto w oczy Koterbskiego. -Ale czas goi rany.

   -Molly!- zganiła ją blondynka patrząc na towarzyszkę surowo. -To zapewne bolesny temat dla pana!

   -Nie, nie... Niech pani Kasia nie będzie zła na swoją przyjaciółkę. Ma rację, że rany zaleczą się pod wpływem czasu. I...- zawachał się przez chwilę, ale szybko niepewności ustąpił miejsce przyjacielski uśmiech.- I mam prawdziwe szczęście, bo towarzystwo tak pięknych panienek to najwspanialsze, co mogłoby je uleczyć.

   Tu spojrzał prosto na pannę Dzierzyńską, która dziewczęco zawstydzona spuściła oczy ku ziemii. Mężczyzna chrząknął, poprawił kapelusz i wskazując dumnie na brązowego Forda T stojącego przed budynkiem dworca powiedział:

   -Skoro pułkownik Sierski nie pojawił się na czas, niech panie pozwolą zawieźć się do celu podróży. Gdzie panie będą mieszkać?- zapytał. Molly rozpromieniła się i klasnęła w dłonie.

   -Wspaniale! Och Kasju, spotkało nas prawdziwe szczęście w osobie tego przemiłego dżentelmena!

   -Nie wiem jak panu dziękować... Chcemy od razu jechać do Biernacic, do dworku.

   -To przywilej pomóc damom w potrzebie, nie wolałyby panie zatrzymać się jednak tu, w Łodzi? Dworek wymaga sporo prac remontowych zanim będzie nadawał się do użytku po wojnie. Nikt tam nie mieszkał od ponad roku- oznajmił spokojnie. Molly z przestrachem spojrzała na blondynkę.

   -Nieszkodzi, poradzimy sobie, prawda Molly?- powiedziała pewnie Kasia. -Jedźmy już-poprosiła. Pan Koterbski zmierzył wzrokiem młodą kobietę, którą zgodnie z prawdą mógłby określić jako uparte uosobienie wszelkich nieszczęść. Jego nieszczęść także. W końcu tylko ona stała mu na przeszkodzie, by stać się właścicielem Biernacic. Nie dał jednak, po sobie poznać złości, jaką w nim wywoływała i powiedział uprzejmie:

   -Jak panie sobie życzą- po czym z wymuszonym uśmiechem zabrał się za pakowanie bagaży obu kobiet do samochodu.


   Powoli zaczęło się rozpogadzać. Ciemne chmury zniknęły, a po porannej ulewie pozostały tylko kałuże na nierównej, piaszczystej drodze, którą jechali i obficie zroszona deszczem trawa. Leniwie, nieco nieśmiało zza chmur zaczęło wyglądać marcowe słońce. Po wyjechaniu z miasta, minęli już kilka wsi, a z każdą Kasia coraz bardziej rozpoznawała znajome okolice. Tu stał kościół, do którego uczęszczali z całą rodziną, tu szkoła, w której kiedyś chciała zostać nauczycielką... Ale nie wszystko było takie jak dawniej. Szybko zauważyła dawny sklep zabity deskami, wiele opustoszałych gospodarstw z powibijanymi oknami i zapuszczone, porośnięte pierwszymi, wiosennymi chwastami, pola uprawne. Molly nie kryła swojego przerażenia. 

   -Dlaczego tu nie ma ludzi, proszę pana? Dlaczego to tak wszystko strasznie wygląda?

   -Panienko Molly...- zaczął próbując zachować uprzejmy ton. Młodziutka Amerykanka przez ostatnią godzinę niemalże nie ustawała w zadawaniu pytań i naprawdę działała mu już na nerwy. Do tego jeszcze ta jej łamana polszczyzna i ciągłe nierozumienie jego wyjaśnień. "Co to znaczy Kasju? O czym pan mówi Kasju?" Sposób wypowiadania imion przez tę denerwującą elegantkę również go irytował. Z ulgą odetchnął gdy zauważył w oddali dworek. -Myślę, że na resztę pytań odpowie panience już pani towarzyszka, widać już stąd zabudowania dworku.

   -Gdzie? Gdzie?- wychyliła się za okno Andrews. Nikt jednak nie udzielił jej odpowiedzi. Mężczyzna westchnął ciężko i mruknął coś niezbyt eleganckiego, natomiast Kasia utkwiła wzrok w małym punkcie w oddali i z napięciem obserwowała coraz wyraźniejsze szczegóły. Z ulgą odetchnęła, gdy wszystko stało na swoim miejscu. Powiedzieć jednak, że dworek był w tym samym stanie, który zapamiętała wyjeżdżając byłoby dużą niezgodnością.

   Dworek stał niezwruszony, szary, nieco ponury wśród drzew i niepięlęgnowanych od dawna zielonych krzewów. W wielu oknach nie było szyb. Główne drzwi były zaryglowane i zabite od zewnątrz. Piękne, monumentalne i wzbudzające podziw zdobienie i łuki wyglądały dzisiaj nieprzyjaźnie, a nawet przerażająco. Może też dlatego przesądna Molly od razu wysnuła wniosek, że dom z przewnością jest nawiedzony.

   -Molly, przestań!- zniecierpliwiła się w końcu blondynka. -Nie zapraszałam cię tutaj na wczasy. Pojechałaś ze mną, nawet nie mówiąc co się tak naprawdę wydarzyło w Pittsburghu, a teraz ciągle tylko narzekasz!

   -A ty mówiłaś, że Polska jest piękna! Green fields, forests and hope! Gold houses and...*- brunetka była bliska płaczu. Zakłopotany Koterbski bawił się nerwowo kluczem do samochodu.

   -Mówiłam o złotych sercach, a nie domach!- zirytowała się Kasia. -Proszę pomóc nam w dostaniu się do środka i przeniesieniu bagaży- zwróciła się do mężczyzny.

   Stanisław był zaskoczony władczym tonem i stalowym wyrazem twarzy dziewczyny, ale zajęcie się czymkolwiek w tej sytuacji bylo dla niego prawdziwym wybawieniem. Należy tu wspomnieć, że nie należał on do osiłków, dla których poradzenie sobie z zabitym wejściem było błachostką. Czerwienił się i pocił, przybrudził nawet ciemną marynarkę, którą założył specjalnie na spotkanie z przyszłą narzeczoną, i wreszcie, udało się.

   Drewniane drzwi poddały się jemu, po odmocowaniu ostatnich przeszkód. Jego oczom ukazał się zakurzony przedsionek, kilka porozrzucanych rzeczy po podłodze i ku jego przerażeniu brak pięknego fotela, który zawsze stał w tym miejscu. Serce podskoczyło mu do piersi, szybko pobiegł do innych pomieszczeń. Nie był to być może najbardziej okradziony dom, jaki przyszło mu w ostatnim czasie widzieć, ale brakowało wielu wspaniałych, zabytkowych mebli. Kredensów, na których kiedyś miał zamiar ułożyć swoją małą kolekcję porcelany, foteli, w których kiedyś chciał czytywać gazety... i łóżka, w którym zamierzał spać jak król. 

   -Panie Koberbski!- usłyszał kobiece głosy nawołujące go z podwórza. -Pomoże nam pan przy walizkach? 

   -Już się nie kłócimy!- dodała słodkim głosem Amerykanka. Wyszedł na ganek jakby pozwabiony części siebie. Głos nagle mu zachrypł. Otworzył usta spoglądając smutno na jasnowłosą dziewczynę radośnie dźwigającą walizkę ku schodom.

   -Obawiam się, że ukradli meble...- powiedział.

   Oczy Kasi spojrzały ku niemu zaniepokojone, zostawiła walizkę na ziemii i wbiegła do dworku. Żałość ogarnęła jej serce na widok zaniedbanych pokoi, rzeczywiście brakowało wielu cennych przedmiotów. Ale te najważniejsze, jak szybko oszacowała, ocalały. Zostały zdjęcia i obrazy, książki, i prawie cała nienaruszona kuchnia, w której gotowała kiedyś Maria. Dziewczyna pochyliła się i zajrzała do dolnej szafki kuchennej. Jej oczy zajaśniały, gdy zobaczyła kilka całkowicie nienaruszonych słoików z owocami. 

   -Mamy prawdziwe szczęście- wyszeptała wyjmując jeden z nich na zakurzony stół. Molly, która właśnie wpadła jak burza do kuchni, z obrzydzeniem spojrzała na słoik. 

   -Coś okropnego! Ile to może mieć lat?

   -Cóż... w najgorszym przypadku chyba pięć...- stwierdziła Kasia nie tracąc promiennego uśmiechu. -Ale jedzeniem zajmiemy się później. Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę na porządną kąpiel!- zawołała radośnie, jakby zaniedbadny dworek był pałacem, woda nie byłaby w studni i jakby był ktokolwiek do pomocy przy jej noszeniu, a następnie podgrzaniu. Molly, która wyraźnie nawet nie pomyślała o jakichkolwiek z tym trudnościach oznajmiła zadowolona:

   -W takim razie ja kąpię się pierwsza!

   Stojący w drzwiach rudowłosy mężczyzna chrząknął znacząco. Kasia zarumieniła się aż po uszy. Zupełnie zapomniały, że przecież towarzyszy im Stanisław Koterbski.

   -Kąpiel może dzisiaj być pewnym problemem. Chętnie jednak zabiorę panienki spowrotem do Łodzi, znam pewien pensjonat w którym mogłyby się panie zatrzymać- stwierdził zastanawiając się jednocześnie co by było gdyby, zaproponował im swoją ochronę tej nocy, jeśliby bardziej uparta panienka odmówiła wyjazdu do Łodzi, rzecz jasna.

   -Dziękujemy za troskę panie Koterbski. Jest pan dla nas dzisiaj prawdziwym skarbem. Zdecydowałyśmy jednak, że zostaniemy. Może nie ma wielu wygód, ale damy sobie radę-powiedziała Kasia kłaniając się grzecznie. Molly spojrzała na nią wściekle.

   -Rozumiem, nie powinny jednak panie zostawać same...-wyraził wątpliwość Stanisław drapiąc się z udawaną zadumą po krótkim, rudym zaroście. Blondynka roześmiała się szczerze.

   -Chyba pan nie proponuje, że zostanie z nami na noc? Ależby ludzie mówili!- powiedziała żywo.

   -Ależ pani Katarzyno!- zawołał śmiejąc się nerwowo. -Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zostawić teraz panie i przyjechać jutro zapytać, czy wszystko jest dobrze... Poszukam jakiejś gospodyni i może kilku pokojówek...

   -Jest pan dla nas taki dobry-powiedziała cicho Kasia.

   -Tak, tak, jest pan prawdziwym gentelmenem!-zgodziła się Molly. -Proszę o nas nie zapominać i odwiedzać nas często!

   -Tak pięknych kobiet łatwo się nie zapomina-odpowiedział kłaniając się swoim czarującym, czarnym kapeluszem.

   Panna Andrews westchnęła cichutko, a Kasia zarumieniła się ponownie. Obie odprowadziły pana Koterbskiego pod drzwi, a następnie jeszcze chwilę stały na ganku obserwując jak wsiada do swojego szykownego forda i jak powoli odjeżdża, znikając im wreszcie zupełnie z zasięgu wzroku. 


*Zielone pola, lasy i nadzieja... Złote domy i....


I stało się. Kasia i Molly są w Polsce gotowe by wpakować się w niezłe tarapaty.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników! Kolejnego rozdziału możecie spodziewać się za około dwa tygodnie!
Z.ola

7 komentarzy:

  1. Oh, tak bardzo się cieszę, że się już pojawił! Przyznam szczerze, że kompletnie nie spodziewałam się wątku walki o dworek! Kompletnie! Nie wiem jak Kasia wytrzyma z tą "wygodnicką" Amerykanką. Cały dworek jest do kapitalnego remontu. Podejrzewam, że zasoby pieniężne również nie są zbyt oldrzymię. Czyż nie będzie tak, żę Panna Katarzyna większość rzeczy zrobi sama? A gdzie w tym wszystkim jest syn zarządcy? Musi się przecież pojawić, nie wyobrażam sobie historii bez niego!
    Czytając Twoje opowiadanie czuję sie tak, jakbym spędzała czas przed jedną ze szkolnych lektur. Oczywiście to jest jak najbardziej największy plus. Byłam ich największą fanką i przed maturą przeczytałam wszystkie po raz kolejny - jak to możliwe, że dopiero teraz widzę, że to był czysty idiotyzm? ; ) Piszesz pięknym językiem. Doskonale pasującym do tego typu historii.

    Czekam na dalszy bieg akcji. Oby te dwa tygodnie minęły jak najszybciej.

    I o! u mnie też pojawił się pierwszy rozdział. Więc zapraszam!
    bezcenna.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie Kasia nie będzie miała lekko z Molly. Ale miejmy nadzieję, że jakoś połączą swoje siły. W końcu obie potrzebują dachu nad głową. Jeśli chodzi o syna zarządcy, Janka... Jeszcze trochę trzeba będzie poczekać na jego postać, ale jak już się pojawi, to w naprawdę interesujących okolicznościach :)

      Usuń
  2. Tak, Amerykanka to taka troszkę rozpieszczona księżniczka, ale niech jej będzie, może z czasem się zmieni?
    Kasia to naprawdę optymistka! Taka z różowymi okularami na nosie! Może i teraz jest odważna, ale będzie musiała szczerze pomyśleć nad zamążpójściem, gdyż mieszkanie samej w dworku przynieść może same nieszczęścia! (tylko nie z tym rudym dziadem!)

    Mały błąd: "Nic tak go jednak nie kusiło, jak Dwór Biernacicki, zwany przez niektorych nawet pałacem." - niektórych "ó" :).

    Serdecznie pozdrawiam i czekam na nowość! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błąd poprawiony.

      Coś jest z tym zamążpójściem, zdecydowanie dobry trop. Więcej jednak nie moge zdradzić.

      Usuń
  3. Hej nareszcie wpadłam żeby skomentować Twój blog :) Nie miałam zbytnio czasu więc wybacz, że dopiero teraz... Nie pociągają mnie zbytnio historie o takiej tematyce, osobiście wolę fantastykę, ale przeczytałam :D
    Po pierwsze ślicznie piszesz, takim wspaniałym językiem, wszystko jest przejrzyste i opisy mnie nie nudziły (co często, nie wiem czemu, mi się zdarza). Sam pomysł na historię jest ciekawy, ale jak już wspominałam nie mój gust. To tyle na temat ogółu xD
    Rozdział fantastyczny, zresztą jak pozostałe. Ta Amerykanka mnie denerwowała, serio... Życzę smacznych pięcioletnich owoców ze słoika xD Trochę miałam śmiechu i w ogóle różnych emocji. W każdym razie przyjemnie się czytało.
    Postaram się wpadać co jakiś czas i wrzucić coś od siebie, żebyś wiedziała, że jestem.
    Pozdrawiam i życzę weny :D
    http://my-royal-life.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, coś się tak rozwlekam z tym komentowaniem, ale mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Trochę nie mogę ogarnąć nauki ostatnio, wszędzie jej pełno. Bardzo spodobało mi się ostatnie zdanie Twojej informacji pod postem, bo już jestem ciekawa, jakie to będą tarapaty. Mówisz o morderstwie i wydaję mi się, że Koterbski jest w to zamieszany, ale czy to prawda to dowiem się pewnie za jakiś czas. Dziwne, że tamten po nich nie przyjechał, a on miał powód, aby go zabić. Znaczy właściwie nie miał, ale może wolał się wkupić w łaski dziewczyn? A raczej Kasi? Może odwieźć ją od tego, aby tam zamieszkała. Wcale bym się nie zdziwiła, jakby to on okradł ten dworek. Coś czuję, że Molly będzie bohaterką, która może działać mi na nerwy ;P. W końcu też powinna się przyznać Kasi do tego, że jest w ciąży, a to może narobić trochę kłopotów im. Spodobało mi się, że Kasia się nie załamała tym, co się z stało z tym dworkiem, a wręcz zareagowała dość wesoło i chciała się wykąpać, jakby od razu chciała się zadomowić. Aczkolwiek dziwi mnie to, że Stanisław chce im, a przynajmniej tak proponował, znaleźć służące itd. Podejrzewam, że mimo wszystko dziewczyny nie mają dużo pieniędzy, a już właściwie Molly, która ostatnie pieniądze wydała na bilet. No nic, pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałem dwa na raz i już komentuję, po kolei. Czytając ten rozdział, zastanawiałem się jak długo Molly będzie ukrywała ciąże przed Kaśką, bo... to dziecko kiedyś się urodzi, a w suknie go nie zaszyje. O ile da się ukryć ciąże do pewnego momentu, o tyle nie da się ukryć niemowlęcia, chociaż... jakby się postarała... wyszła za mąż, a potem oświadczyła taką małą niespodziankę (miałem napisać "suprajs", ale nigdy nie wiem jak to się pisze). Być może, jeśli trafiłaby na dobrotliwego męża, to może nawet by jej nie odesłał nigdzie, ani nie przyłożył. Ja chyba sam nie wierzę w to co piszę, bo gdyby mi żona, jakiś czas po ślubie oświadczyła "mam synka" czy "mam córeczkę", to... krew by we mnie mega mocno zawrzała.
    Może to dziwne, ale polubiłem Staśka, choć od razu widać w nim to zakłamanie, nieczyste intencje i sporą interesowność. Ogólnie tamta epoka, koniec XIX, początek XX wieku, kojarzy mi się ze znacznym zakłamaniem, gdzie nawet dżentelmeństwo było zwodnicze, występowało zwykle na salonach i na pokaz, przy ludziach, a w czterech ścianach, choćby sypialni ci mężczyźni już wcale nie bywali tacy prawi, grzeczni i dobrotliwi, aczkolwiek od tej reguły zapewne bywały wyjątki, nie mówię że nie. Stasiek jednak wyjątkiem nie jest, a ja lubię drania.

    j-i-s.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń